AUTONOMICZNY REGION TYBETU (15 – 23.05.2026R.)


Przekraczamy granicę Autonomicznego Regionu Tybetańskiego i nawet gdyby nie było formalności związanych z kilkoma permitami, to różnice widać gołym okiem. Jest zdecydowanie biedniej, znikają piękne, odnowione domy a ich miejsce zastępuje lekki bałaganik. W dalszym ciągu zdobywamy wysokość, widoki i tak piękne stają się coraz piękniejsze.

Trochę zbaczamy z głównej trasy, aby obejrzeć lodowiec Bujia. To ten, z którego w 2016r. oderwały się ogromne masy lodu zabijając 9 pasterzy i setki jaków. Było to bardzo nietypowe zjawisko, gdyż lodowiec „spływa” po stosunkowo łagodnym terenie.

Nie udało nam się obejrzeć XI wiecznego klasztoru Zhizhu, religii bon. To rdzenna, przedbuddyjska religia. Dla nas turystów różnica między klasztorem buddyjskim a bon w zasadzie jest niezauważalna (religie te przenikają się). Jedynie kierunek obchodzenia klasztoru przez wiernych jest odwrotny niż w buddyzmie. Nie zostaliśmy, jako turyści zagraniczni, wpuszczeni również do innego klasztoru, tym razem szkoły gelug, w miejscowości Sog. Pomimo tego, że mamy wymagane permity i możemy przemieszczać się po Tybecie, to niektóre miejsca są dla obcokrajowców niedostępne. Sytuacja jest nieprzewidywalna i zmienna w tej kwestii. Odwiedziliśmy inny klasztor religii bon w Dengqen.

Ciekawostką, na którą natrafiamy przez kolejne 3 dni, jest wielkie grzybobranie. Sprawa dotyczy chińskiego kordycepsu. Zarodek tego malutkiego grzyba infekuje larwę ćmy w ziemi powodując jej obumarcie i sam z niej wyrasta w postaci przypominającej malutkie źdźbło trawy. W medycynie chińskiej jest uważany za cenny lek poprawiający witalność, co tylko częściowo potwierdza nauka. Nie przeszkadza to jednak w jego popularności, a tym samy wysokiej cenie. I właśnie wysoka cena powoduje, że ludzie całymi rodzinami, często na kolanach, w maju i czerwcu przeczesują zbocza gór na wysokości od 3500 do 4500 m.n.p.m. Powstają wówczas całe miasteczka namiotowe, skąd każdego ranka grzybiarze uzbrojeni w małe czekaniki wyruszają na grzybobranie.

Na 100 wykonanych zdjęć na tej trasie przynajmniej na 80-ciu są jaki, bo jaki są tutaj wszędzie. Najbardziej interesują nas oczywiście te, które wbrew logice i naturze pasą się wysoko na stromych zboczach.

W siódmym dniu wjeżdżamy na płaskowyż Changtang , czyli część Wyżyny Tybetańskiej o powierzchni dwa razy większej od Polski, bardzo słabo zaludnionej, położonej na wysokości od 4500 do 5000 m.n.p.m. W kolejnym dniu , po raz pierwszy, przekraczamy przełęcz powyżej 5200 m.n.p.m. Poza pięknymi widokami z przełęczy na jedno z siedmiu świętych jezior buddyzmu ( Namtso Lake) i sprzedawcami pamiątek (m.in. z turkusu) jest również punkt pomocy medycznej. 5200 m.n.p.m. to naprawdę wysokość, która przeciętnemu turyście może sprawić problemy. W tym dniu wybieramy się na krótki spacer , żeby zobaczyć panoramę ośnieżonych gór Nyenchen Tanglha z najwyższym szczytem 7100 m.n.p.m. Podziwiamy kolejne jeziora i dziesiątki , a nawet setki dziko żyjących antylop cziru.

Dwa kolejne dni wystarczyłyby jako powód odbycia tej dalekiej podróży, co ważne dopisuje nam pogoda. Z niecierpliwością czekamy na punkt widokowy , z którego będziemy mogli zobaczyć 6 ośmiotysięczników. W pierwszym dniu widzimy niestety tylko 4 , bo Makalu i Lhotse pozostają w chmurach. 38 km przed miejscem naszego noclegu, a zarazem punktem widokowym na Mount Everest (tuż obok monastyru Rongbuk ), zostawiamy nasz samochód i przesiadamy się do elektrycznego autobusu. W hotelu Rongbuk, który jest własnością monastyru, meldujemy się i biegniemy na punkt widokowy. Obawiamy się, że nadciągające chmury zaraz zasłonią Everest. Na szczęście okazuje się, że takie chmurki, to nie na taką górę. Cieszymy się pięknymi widokami popołudniu, o zachodzie słońca i robiąc zdjęcia przy lekkim mroziku o wschodzie słońca. Jesteśmy zachwyceni, że z tak bliska możemy zobaczyć najwyższą górę świata. Kilka lat temu można było przejechać jeszcze 8 km do bazy himalaistów pod Mount Everestem. W 2018 r. władze zamknęły tą możliwość i w naszej ocenie bardzo słusznie, gdyż przyjeżdża tutaj bardzo dużo turystów i nie wyobrażamy sobie, aby wszyscy oni mogli chodzić pomiędzy namiotami himalaistów przygotowujących się do wspinaczki. W miejscu, gdzie zorganizowano w tej chwili punkt widokowy Everest jest i tak , jak na wyciągnięcie ręki. W drodze powrotnej do Shigatse na punkcie widokowym widzimy wszystko, co można stąd zobaczyć , czyli wszystkie 6 ośmiotysięczników (od lewej Makalu, Lhotse, Everest, Kanczendzonga, Czo Oju i Sziszapangma) oraz 40 siedmiotysięczników.

Tak wspaniale rozpoczęty dzień kończymy zwiedzając klasztor Sakya, wg nas najpiękniejszy, jaki do tej pory widzieliśmy. Przekonani, że to już koniec atrakcji na naszej drodze do Lhasy jesteśmy bardzo mile zaskoczeni. Najpierw oglądamy lodowiec Karola (5560 m.n.p.m.), później święte jezioro Yamdrok, nad którym setki Chińczyków poprzebieranych w stroje ludowe robi sobie zdjęcia w najróżniejszych aranżacjach, z jakami, samochodami terenowymi, ze sztucznym drzewkiem wiśni, w serduszku i na huśtawce. Cała droga prowadzi pośród pięknych gór.

 


Komentarze

Brak strony